Mija kolejny dzień wyzwania i przyznaję, że widzę już pewne efekty, ale o tym napiszę może jutro. Dziś w notatniku jedynie kilka przemyśleń na temat uczenia się i jeszcze jeden fantastyczny sposób nauki języka, który przyprawił mnie dziś o szczery szeroki uśmiech i sporą dawkę ekscytacji! No to andiamo :)!
HISTORIA O SFRUSTROWANYM KLAUSIE
Mimo, że dzisiejszy dzień nie rozpieszczał pogodą, a krople deszczu dość szybko przypomniały mi czemu nie noszę na co dzień okularów, rozpromieniłam się już z samego rana, słuchając przy pracy audycji Olliego Richardsa. Brytyjczyk ten znany głównie z tego, że zajmuje się w życiu uczeniem siebie i innych ludzi języków, dwa razy w tygodniu udostępnia audycje motywujące do nauki. Audycja, którą dzisiaj wysłuchałam zdecydowanie podbiła moje serce, bowiem Ollie odpowiada tam na pytanie, które bardzo często dotyka osób uczących się rozmaitych języków, nie tylko hiszpańskiego.
Do programu dzwoni zatem pewien niemiecki Klaus, który ku memu przyznam sporemu zaskoczeniu, nie zdradzał po angielsku praktycznie wcale swej niemieckości. Osobliwe. Otóż problem Klausa polegał na tym, że mimo wieloletniej już nauki języka włoskiego, czuje się sfrustrowany. Frustracja jakże uzasadniona – mimo, że od 2008 poświęca na ten język wiele czasu, wciąż ma problemy z czytaniem książek po włosku, wciąż nie rozumie filmów. To już tyle lat, a wcale nie czuje, że posuwa się do przodu.
Słuchając tej audycji (wybacz mi drogi „podkaście”, jesteś nowopolski i zapożyczony i nieswój, toteż używać cię nie będę zbyt często), w głowie już układałam sobie odpowiedzi. I co mu odpowie, temu sfrustrowanemu Klausowi? Czy powie mu, że to nie liczy się liczba lat spędzonych na nauce, ale liczba godzin, które spędza się nad nią spędza? Czy doradzi mu jakąś ciekawą strategię, by rozwijać kompetencje słuchania albo czytania? A może doradzi mu nauczyciela na portalu italki.com, który to jest przecież sponsorem tej audycji?
Jakież było me zdziwienie, gdy okazało się, że po kilku minutach brytyjskiego błądzenia wśród zawoalowanych eufemizmów i zwrotów grzecznościowych ,mających przygotować biednego Klausa na ten bardzo mocny i zdecydowanie przykry przekaz, Ollie wypisał mu receptę na zmianę nastroju. Przecież frustracja, bierze się z tego, że stawiamy sobie cele, których nie udaje nam się jeszcze osiągnąć. Frustracja często bierze się z ambicji, ze zbyt wysokich oczekiwań wobec siebie. Nierzadko uczymy się po to, by „przerobić podręcznik”, „opanować gramatykę”, „zapisać się na wyższy poziom”, „zdać certyfikat” lub po prostu „do pracy”. Mnie samej zdecydowanie za często udaje się spotykać osoby z tą ostatnią motywacją. Ile jest osób w mojej pracy (niemiecka firma), które ucząc się niemieckiego tyle lat wciąż nie mówią, wstydzą się, boją, krępują. Tą samą nutę frustracji słychać w ich głosie, gdy po wielu latach pracy wysyła się ich „w ramach rozwoju zawodowego” znowu na ten niemiecki. I to na dodatek za darmo. O 7ej rano albo o 18ej poza pracą. Ile w tym zniechęcenia, ile takiej czystej ludzkiej rezygnacji, że mimo tylu lat pracy, i mimo tego, że angielski naprawdę wystarcza do życia, jeszcze ten niemiecki. Ciągle. Z roku na roku. Bez końca. I to pytanie, które nie pada, ale czuje się, że istnieje w głowach – kiedy ja się w końcu tego nauczę i nie będę musieć chodzić na te lekcje?
I podobnie u Klausa. Biednego i sfrustrowanego, który w swej ambicji zapomniał, że aby świetnie znać jakiś język, trzeba go po prostu lubić. A może najważniejsze, trochę się w nim nawet zakochać. Trzeba to uczucie pielęgnować czule i traktować nieco jak kochanka/ę, do którego/j chciałoby się codziennie wracać. Dlatego najlepszą receptą na naukę języka zawsze będzie odnalezienie w nim przyjemności, zabawy i frajdy, a nie reguł gramatycznych. Ma przez 2 miesiące przestać się uczyć, a jedynie spędzać z tym językiem czas, oglądać filmy, obijać się na youtube i spotykać ludzi, którzy się nim posługują. Ma naprawić swój intymny związek z tym językiem. A jak uczucie wróci – to nieoczekiwanie okaże się, że mimo wszystko przecież bardzo dużo się nauczył i poczynił dużo postępów!
Kończąc tą piękną prawie, że przypowieść, która naprawdę wzruszyła mnie tego poranka, oczywiście wklejam link do audycji (tutaj).
(Właśnie dlatego wyzwanie poliglotki tak bardzo mi odpowiada. Każe nam się trochę pobawić!)
Nie przechodź obojetnie!
Wydawało mi się, że powyższe konstatacje będą najlepszym momentem dzisiejszego dnia. W jakimże byłam błędzie! Ekscytację moją przeogromną wzbudziło coś zupełnie innego i to zdawałoby się tak naprawdę banalnego jak STRONA SPOŁECZNOŚCI internetowej.
Uwielbiam sprawdzać różne technologiczne i interaktywne nowinki do nauki języków, toteż kilka dni temu zarejestrowałam się na portalu www.lang-8.com . Rzeźbiąc dziś #10 powodów dla których uczę się hiszpańskiego (jedno z wyzwań poliglotki), pomyślałam, że wrzucę ten tekst na portal lang-8. Do tego przecież został on stworzony – żeby korygować sobie nawzajem teksty w językach obcych. Po pierwsze zobaczę jak działa, a po drugie, może ktoś faktycznie sprawdzi mi błędy. W sumie, nie wiem po co miałby to robić, ale… świat pełen jest dziwnych ludzi o zapędach korektorskich i samarytańskim sercu pełnym miłosierdzia dla nieznanych sobie bytów obecnych w jakiejś dziwnej internetowej czasoprzestrzeni.
Ad rem! Tak tak, już zmierzam do końca tej wypowiedzi!
Otóż, nie tylko dostałam maila od Meksykanki, która uczy się polskiego, ale sama zaoferowała mi wymianę językową na skajpie, jeśli tylko mam ochotę! Omal nie spadłam z krzesła! Dodam tylko, że jako językowa introwertyczka, nawet nieco się w nim zapadłam z wrażenia i przerażenia!
(Jeśli ktokolwiek z czytających chciałby skorzystać z tego portalu i liczyć na takie maile, to trzeba przy rejestracji skomponować 3-4 ładne zdania na swój temat w języku docelowym, w których ładnie się przywitasz i przedstawiasz oraz napiszesz, że nie marzysz o niczym innym jak tylko poznać język X, bo jest on najcudowniejszy na świecie. Zrób przy tym kilka literówek albo błędów, żeby miłosierna dusza miała co poprawiać. Potem taką wiadomość możesz jednym kliknięciem wysłać do zaproponowanych przez komputer osób, i już pozostaje czekać, aż cuda się zadzieją).
Ponieważ już w pierwszym poście w ramach wyzwania (LINK) oficjalnie się zdeklarowałam, że tym razem nie stchórzę i nie będę unikać wymiany językowej i będę walczyć z introwertyzmem językowym, to…. jutro chyba odpiszę tej dziewczynie, że oczywiście czemu nie i, że a jakże świetny pomysł, a w ogóle to oglądałam fajny film o el dío de Muertos w Meksyku wczoraj na BBC. Podobno mieliście tam ostatnio paradę jak z Jamesa Bonda. Co o tym myślisz? (już wiem od wczoraj, że parada to wcale nie nie jest la parada tylko el desfile). Możliwe, że coś takiego jej napiszę….a potem ona zaleje mnie potokiem słów, których zupełnie nie zrozumiem….
(Aaaa, krople potu spływają po twarzy!) Koniec kreślenia czarnych scenariuszy! Będzie fajnie. Będzie fajnie. Będzie naprawdę bardzo fajnie. Ale ona ma inną strefę czasową. Nie szkodzi. Fajnie będzie. Z miłością i troską do języka hiszpańskiego trzeba podchodzić. To na pewno sympatyczna dziewczyna jest, z którą warto porozmawiać. Po hiszpańsku! A co!




