[#H1] Wyzwanie poliglotki czas zacząć!

itchy-feet!

 

Listopad ogłaszam u mnie miesiącem języka hiszpańskiego! Tym razem będę się motywować nie sama, ale w bardzo przyjemnym towarzystwie innych dziewcząt, uczących się różnych języków. W praktyce chodzi jednak o to, by pielęgnować w sobie naturalną ciekawość dla języka, a przede wszystkim codzienną rutynę! Co będę robić w tym miesiącu? Pracować nad płynnością i przełamywać swoją nieśmiałość!

 

Krótko o wyzwaniu

 

O wyzwaniu więcej możecie przeczytać u Sandry z bloga Madame Polyglote, gdzie znajduje się lista 28 zadań językowych do wypełnienia w listopadzie. Trudniejsze oraz łatwiejsze – mają przede wszystkim jedną podstawową zaletę – nie pozwalają utknąć w błędnym kole uczenia się z jednego podręcznika/kursu/książki z ćwiczeniami gramatycznymi. Nie pozwalają się nudzić. Każde z tych zadań wymaga nieco innych kompetencji i zmusza do obrócenia swojego punktu widzenia, spojrzenia na język docelowy z trochę mniej wygodnej strony. Wydaje się to jasne – dopiero wyjście ze strefy komfortu pozwoli Ci nauczyć się czegoś nowego. A jednak – zawsze znajdujemy wymówki, by zaszyć się w domku, otulić w burritę i broń boże z nikim nie rozmawiać,  a już na pewno nie w obcym języku, którego próbujemy się przecież nauczyć! Koniec, w listopadzie mówię stop swoim wymówkom.

10 wymówek, którymi brak pewności siebie powstrzymuje cię od nauki języka

 

Nie będę wymieniać! Przeczytajcie sobie świetny wpis motywacyjny na blogu irlandzkiego poligloty tutaj gdzie te sposoby są świetnie opisane (bardzo bardzo polecam). Znam dobrze. Też tam byłam.

Co mnie powstrzymywało od kwietnia? Oh, to historia na dłuższe posiedzenie przy kawie czy dwóch… wiele rzeczy i to jakiego kalibru!

Przede wszystkim powtarzałam sobie, że to przecież nie jest właściwy moment! W maju i czerwcu wymówka wyglądała tak: „mam tyle starej pracy, muszę się uczyć jeszcze nowej, a moja trenerka zaraz wyjeżdża, tyle wiedzy do zdobycia i te podróże służbowe – nie mam na nic czasu!!!”.

W lipcu wymówka wyglądała troszkę inaczej: „przecież jestem na urlopie” (to moja ulubiona ponad 3 tygodniowa wymówka, w czwartym tygodniu zaczęła się wymówka sierpniowa związana z przeprowadzką).

W sierpniu przeprowadziłam się do Kolonii w Niemczech w związku ze swoją pracą. Na rok. Wymówki bardzo dobrze zaaklimatyzowały się do nowych warunków, na przykład tak: „droga do pracy zajmuje mi w porywach 2 godziny dziennie, w Gdańsku to było tylko 15 minut rowerem – tak nie da się żyć”, albo „ciągle jest za dużo pracy, nie mam siły myśleć”, albo „ ja tęsknię za Gdańskiem”. Mhm.. to były takie emocjonalne wymówki związane z nową pracą, bo samo miasto znam raczej dość dobrze. A we wrześniu doszła jeszcze kolejna wymówka „przecież co dwa tygodnie latam do Gdańska, nie mam czasu posprzątać, a co dopiero uczyć się hiszpańskiego!”. W październiku zrobiliśmy sobie jeszcze tydzień przerwy od tego chaosu na Bałkanach i tak udało mi się na wakacjach spotkać bardzo inspirującą lingwistycznie osobę. Przeczytałam też „Księgi Jakubowe”, które choć mówią jednak o wielu bardzo różnych rzeczach, co też może być bardzo ciekawe, niemniej to wątek wielojęzyczności poruszył we mnie właściwe struny, i przypomniało mi się –

Hej Lili. Przecież Ty chcesz mówić po hiszpańsku. Z ludźmi. Do ludzi. A przecież nic nie robisz. Czasem się słówek uczysz. Słówka nie zastąpią komunikacji, nie łudź się! Czy Ty wiesz, że języka tyle umiesz, ile coś z nim robisz? Jeśli robisz nic – to twój język wcale nie jest na poziomie „nic nie zmieniam się”. On jest dużo niżej – on zaczyna się zapominać, a przede wszystkim znikać z twojej głowy. Ratuj go!!!!

I w listopadzie (pojutrze) pojawiło się wyzwanie. I dzięki Ci Madame Polyglote, och dzięki! Masz Ci kobieto intuicję.

 

Nie wiem kto to narysował, ale wielbię autora/ka za trafność!

Nie bo tak

Obiektywnie. Wymówek miałam wbród, ale to trochę taka ściema. Popatrzcie. Przecież w tej drodze do pracy udało mi się przeczytać już tysiące stron rozmaitej literatury, czytelnictwo me wzrosło niebotycznie. 2-6 godzin w podróży do Gdańska to jednak całkiem sporo wolnego czasu do zagospodarowania w samolocie. Jakimś cudem znalazłam czas na stworzenie ponad 700 kard w memrise i to hiszpańskich słów tłumaczonych na hiszpański, a nie polski (serio zrobienie takiego decku zajmuje duuuużo czasu). I nawet przecież zaczęłam szukać partnera językowego, i nawet pewnie bym go już dawno miała, ale gdy ktoś mi odpisał… nie zrobiłam NIC,

„bo nie mam czasu” i „wstydzę się mówić, ale ja bardzo dużo rozumiem po hiszpańsku przecież”.

 

Listopad miesiącem bez wymówek!

Co będę robić listopadzie? Pracować nad płynnością. Chcę zacząć mówić. Z pewnością siebie. Dlatego najtrudniejszym i najbardziej wymagającym dla mnie  (głównie z powodu przełamania swojej psychicznej bariery) będzie punkt 21 – wymiana językowa. Najlepiej docelowo stała, regularna wymiana językowa. Do tego w tle na pewno dojdzie mi szlifowanie gramatyki, bowiem jestem gramatofobką. Nie oszukujmy się jednak,  bez gramatyki na dłuższą metę się nie da.

 

Po pierwsze – przez miesiąc będę szlifować mówienie. Będę się trzymać planu szkoleniowego z programu Glossika. Wybrałam ten program z wielu powodów i będę uczyć się zaproponowanym przez nich planem intensywnym 4 tygodniowym. Jednak nie przeraża mnie to,  większość słów jednak znam, mam jednak problem z płynnością formułowania wypowiedzi i błędami gramatycznymi, które chcę z jego pomocą korygować. Dziś pierwszy dzień i już zaczynam glossikę uwielbiać. Pewnie o niej jeszcze więcej napiszę. Glossika szkieletem codzienności!

Po drugie – rutyna. Poświęcę godzinę do dwóch dziennie na naukę (także w drodze do pracy!)

Po trzecie – fiszki, które dotąd tworzyłam w memrise będę przeglądać w drodze do/z pracy. Nowe będą się pojawiać przy okazji realizowania wyzwań. Zapewne. Nie mam zeszytu do hiszpańskiego, więc w sumie tylko ta opcja zostaje.

Po czwarte – zamiast czytać dziwne powieści, przeczytam w końcu zbiór hiszpańskich opowiadań, który zalega na półce od dawna. W drodze do pracy! Oczywiście!

Po piąte – w tym miesiącu pójdę na spotkanie wymiany językowej, które odbywa się co wtorek, gdzieś tutaj w hostelu za rogiem. I będę walczyć z sobą, żeby coś powiedzieć do obcych ludzi po hiszpańsku, a nie tylko się uśmiechać lub przechodzić swobodnie na angielski czy niemiecki!  (Są podobno też spotkania hiszpańskojęzyczne jakiejś grupy na fejsbóku w Kolonii, ale oni spotykają się tak rzadko, więc nie wiem czy się uda w tym miesiącu. Jeśli ktoś coś jakimś cudem słyszał, to dajcie znać. A może jednak udać się dotrzeć na takie spotkanie w Gdańsku przy okazji powrotu do domu za 3 tygodnie. Tutaj insider tipp:  w kinie Żak co poniedziałek grupa hispanohablantes spotyka się na piwo i gatki szmatki. Zaproszenia na fejsie. Mili ludzie i bardzo fajne spotkania (przestałam chodzić, bo …. Te wszystkie tam bzdurki co w wymówkach powyżej oraz jeszcze „wstydzę się mówić”. Czyli wiecie, nic nowego ;) ).

 

Po szóste – updejty na blogu co pare dni, bo przecież trzeba jeść, pracować, bawić się z hiszpańskim i czasem się socjalizować.

 

Ach, tyle postanowień! Ale, ale – za miesiąc będzie strasznie fajnie! :) I będę juz tyleeeee mówić.

 

 

 

Ps. Drogie bliskie mi osoby, wybacznie nieznośność mą w ciągu najbliższego miesiąca. Ważny cel mi tu przyświeca!

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x
google-site-verification=qwQVBgqg8p63KOd5L3FcDx2YsUcQnmVx58V6T6zEQh4